Estera Łuków
Są przedstawienia, które zaczynają się od historii i takie, które zaczynają się od gestu. Trąbka do słuchania zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii – zanim pojawia się opowieść, pojawia się działanie. Scena nie zostaje odsłonięta. Ona zostaje stworzona. Aktorzy wchodzą i rozkładają tkaniny, zszywają przestrzeń, komponując ją z fragmentów postrzępionych materiałów dywan i namiot. To nie jest wstęp. To deklaracja. Od tej chwili wiadomo, że wszystko, co wydarzy się później, będzie wynikiem wspólnego wysiłku. Ten początkowy gest to model całego spektaklu. Pokazuje, że świat nie jest gotowy. Trzeba go stworzyć wspólnie. Dopiero w tej rzeczywistości pojawia się Marion (Anna Błaut), ponad dziewięćdziesięcioletnia bohaterka, która trafia do ośrodka spokojnej starości, oferującego raczej nadzór niż troskę. Starość w tym miejscu początkowo wydaje się doświadczeniem wykluczenia i przymusu podporządkowania się instytucjonalnym regułom. Z czasem jednak ten porządek ulega zmianie. Bohaterki działają, eksperymentują i stopniowo wymykają się normom. Ich działania przekształcają również sposób myślenia o ciele, które przestaje podlegać społecznej funkcjonalności i staje się przestrzenią wyobraźni, gdyż starość w tym spektaklu nie jest epilogiem. Nie jest też zawieszeniem. Jest momentem przesunięcia, otwarcia na coś, co dopiero ma się wydarzyć. Nie ma tu sentymentalizmu. Nie ma też próby „oswajania” starości. Jest raczej jej radykalne przepisanie, odebranie jej ciszy i przywrócenie sprawczości.
Kształt spektaklu odpowiada tej idei z imponującą konsekwencją. To przedstawienie rozwija się jak patchwork – nie tylko na poziomie scenografii, zaprojektowanej w duchu recyklingu i rękodzieła, ale także dramaturgii. To nie jest przedstawienie linearne. Weronika Szczawińska (reżyseria) i Piotra Wawer jr. (dramaturgia) tworzą konstrukcję zszywaną z konwencji, estetyk i rytmów. Wspólnota nie oznacza tu ujednolicenia, lecz współobecność różnic. Na scenie pojawiają się postaci, których kostium nie jest dodatkiem, tylko strukturą, która narzuca sposób poruszania się, gestykulacji, a nawet mówienia. W efekcie powstają osobliwości, które trudno oddzielić od materii, z której zostały stworzone. Ważną rolę odgrywa także wykonywana na żywo muzyka, która przywołuje na myśl piosenki wykonywane przez koła gospodyń wiejskich, stająca się narzędziem budowania relacji między aktorami, ale też między sceną a widownią. To teatr, który nie ukrywa swojego zaplecza. Nie udaje iluzji. Przeciwnie – pokazuje, że rzeczywistość sceniczna jest konstruktem i to, jak powstaje, jest równie istotne jak to, co przedstawia.Mimo tej formalnej złożoności spektakl nie rezygnuje z narracji. Historia Marion (Anna Błaut) pozostaje główną osią, choć jej przebieg nie przypomina klasycznej opowieści. Pojawiają się wątki groteskowe i kryminalne, elementy quasi-religijne, a nawet komiczne. W pewnym momencie świat przedstawiony zaczyna się przekształcać w wizję postapokaliptyczną.
Teatr Szczawińskiej nie zna statyczności.Proces staje się równie ważny jak efekt. Trąbka… jest spektaklem zespołowym w najpełniejszym znaczeniu. Aktorzy funkcjonują jak chór, ale taki, który nie dąży do jedności, lecz do współbrzmienia. Ekscentryczność każdej z postaci nie jest tu przeszkodą, lecz fundamentem wspólnoty. W świecie pozbawionym normy to właśnie różnica staje się zasadą organizującą. W rzeczywistości naznaczonej rozpadem możliwe jest tworzenie nowych form bycia razem – nieidealnych, niestabilnych, ale żywych. Wspólnota nie jest dana. Jest wytwarzana w działaniu, w ruchu, w muzyce, w relacjach. Trąbka… działa na wielu poziomach jednocześnie – jako doświadczenie wizualne, proces, opowieść i propozycja myślenia o teatrze. Nie zamyka się w jednej interpretacji. Nie prowadzi widza za rękę. Zamiast tego proponuje uczestnictwo w świecie, który powstaje na naszych oczach i który nieustannie się przekształca, bowiem to właśnie nadmiar jest tu zasadą. Świat nie jest uporządkowany. Nie daje się sprowadzić do jednej narracji i spektakl tego nie ukrywa.Szczawińska proponuje teatr wymagający, ale nie hermetyczny. Teatr, który nie podaje sensów, tylko zmusza do ich negocjowania. Przedstawienie nie kończy się wraz z ostatnią sceną, tylko trwa jako doświadczenie świata, który trzeba dopiero samemu sobie zszyć. To wspólnota nieidealna, krucha, ale właśnie dlatego wiarygodna.
Fot. Marta Ankiersztejn
Informacja dotycząca przetwarzania danych osobowych przez administratora: