Karolina Gołębiewska
Performerzy w embrionalnych pozycjach rozciągają się. Przeciągają swoje palce, kostki, nadgarstki. Najmniejsze i niewidoczne gołym okiem kości, kostki, kosteczki. Robią to wszystko, co mogą robić dzieci i dorośli. Zwłaszcza ci, którzy byli obecni na Instynktach z Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu. Taneczny spektaklw reżyserii Alicji Morawskiej-Rubczak i z choreografią Moniki Kiwak jest przeznaczony dla dzieci w wieku do trzech lat i bliskich im dorosłych.
Tancerze stopniowo podnoszą się. Zachowują się instynktownie – tak jakby wyczuli, że ziemia tu jest inna niż gdzieindziej. Słowo „ziemia” jest tutaj nie bez znaczenia, nie tylko w kontekście tegorocznej edycji festiwalu, ale również poznańskiego spektaklu. Podłogę teatru Potem-o-tem pokrywa miękka i śliska wykładzina, która szybko zmienia się we wspólną przestrzeń dzięki immersyjnym działaniom tancerzy-performerów.
Pierwsze „stado” tworzą między sobą tancerze i tancerki. Swoim zachowaniem przypominają domowe zwierzęta. Obwąchują siebie, ale również dzieci i dorosłych. Głaszczą najmniejszych tak, jakby próbowali ich oswoić, drapią tak, jak drapie się za uszami koty lub psy. Tancerze w mgnieniu oka otaczają widzów i widzki, zapraszając ich do wspólnego działania i uruchomienia własnych instynktów. Instynktu dziecka. Instynktu dorosłego. Instynktu rodzica. Instynktu widza. Udaje się. Instynkty zostają uruchomione. Co niektóre dzieci same zaczynają się przeciągać, inne śpią, jeszcze inne przyglądają się występowi ze względnym spokojem. Rodzice szybko podchwytują ruchy performerów, wykonując rękoma fale. Tym samym kolejne stada ujawniają się między rodzinami, które „wyczuły swój instynkt”.
Najbardziej angażującą częścią spektaklu jest berek. Na owo hasło performerzy rozpiechrzają się. Za każdym „berkiem” jeden lub dwoje tancerzy zamarza w bezruchu. Urzekającym momentem, który jest jednocześnie wzruszający i jednocześnie przyjazny dla rodzin, to ten, w którym performer, chcąc „odmrozić” tancerkę, daje jej pospiesznego buziaka w dłoń. Gest prosty, ale myślę, że nikomu nieobcy. Zabawa trwa w najlepsze – aż jeden z tancerzy opuszcza swoje stado, co wzbudza we mnie konsternację.
Tymczasem do moich uszu dociera metaliczny dźwięk. Twórcy nakładają na siebie srebrne obręcze-bransoletki. Przypominają sprężynki, którymi nieraz sama bawiłam się jako dziecko. Obręcze mają nie tylko walor dźwiękotwórczy, ale także integrujący. Bransoletki dostają się w ręce dzieci, które nimi rzucają lub same zakładają na dłonie. Metaliczne odgłosy przerywa ustawienie się performerów w szereg, w którym wykonują miękkie, lekkie i zaokrąglone ruchy. Przypominają wiatr albo ruch gałęzi w wietrzną pogodę.
Leśna cisza zostaje przerwana przez aktora, który postanawia wrócić do swojej grupy. Performer jest nie do poznania, ponieważ przeistoczył się w… ptaka. Składa i rozkłada ręce w geście wyprostowywania skrzydeł, a wydawane przez niego odgłosy przypominają te kukułki lub dzięcioła. Ten zabieg jest dla mnie jednym z najciekawszych, ponieważ odzwierciedla naturę dosłownie i w przenośni.
W znakomitej większości choreografia Instynktów opiera się na naśladowaniu natury i na „byciu naśladowaną” przez dzieci i dorosłych. Naśladowanie zachodzi nie tylko na płaszczyźnie ruchu, ale i dźwięków. W kontekście tytułu śmiem twierdzić, że punktem wyjścia dla twórczyń i twórców jest właśnie ów instynkt naśladowania. W szczególności takim instynktem zdają się być obdarzone dzieci. Bezpośrednim uwieńczeniem przedstawienia jest rozprowadzenie filcowych ogonów, które ułożono między widzami i na nich samych.
Wyciągam z pamięci InstynkTY w reżyserii Morawskiej-Rubczak i muszę powiedzieć, że są dla mnie doświadczeniem zarówno rozczulającym, jak i wyciszającym. Obserwowanie delikatnych, często minimalnych ruchów w choreografii wycisza mnie, ale i zachęcana tyle, żeby oglądać spektakl niekonwencjonalnie, leżąc na boku. Pozwalam samej sobie na uruchomienie własnego instynktu i własnych widzowskich potrzeb. „Odważam się” na przemieszczenie się z miejsca na miejsce, oglądając sceniczne działania z przodu i z boku. Koniec końców sama zostaję „złapana” w filcowy ogon i włączona w grono oglądających. Przed insTYnktem wspólnotowości nie da się uciec.
Gdybym miała wpisać poznański spektakl w hasło 17. edycji Nowych Epifanii, to zwróciłabym uwagę na naturę, która w Księdze Rodzaju – według Bartosza Wieczorka – stanowi pomost między mikro- a makrokosmosem. Na ten ostatni składają się ludzie, w których odbija się Bóg. W końcu wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i myślę, że owo boże dziecięctwo nie jest bez znaczenia w aspekcie ewangelicznym. W końcu dziecko było i jest stawiane za wzór wiary, a więc za wzór wypełniania Bożych przykazań. „Jezus zaś przywołał je do siebie i rzekł: «Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie przeszkadzajcie im: do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego»” (Łk 18, 16–17). Takim przykazaniem jest chociażby werset „Czyńcie sobie Ziemię poddaną” przyświecający tegorocznemu festiwalowi.
Fot. Karolina Sołtys
Informacja dotycząca przetwarzania danych osobowych przez administratora: