Paweł Paryż
Tegoroczne Nowe Epifanie dużą uwagę poświęcają spektaklom tanecznym, które wciąż stanowią raczej nieodkrytą formę teatru. „Bioland” jest przykładem właśnie tego typu twórczości. Zamysłem choreografów Megan Doheny i Ilyi Nikurova jest ukazanie za pomocą tańca miejsca człowieka w przyrodzie i jego wpływu na nią oraz wzbudzenie w widzu refleksji na ten temat.
Zacznę od tańca. Jako widz doświadczałem go dotychczas głównie w wydaniu rozrywkowym – gdy bywałem w teatrach muzycznych i oglądałem musicale. W tego typu spektaklach taniec przeważnie nie jest głównym elementem, a jedynie jednym ze środków, które są sobie nawzajem podporządkowane i wspólnie mają tworzyć wielkie widowisko. „Bioland” reprezentuje zupełnie inną formę przedstawienia – bliżej mu do performansu, a taniec jest tu najistotniejszym środkiem wyrazu. Układy wykonywane przez artystów na scenie są efektowne i przyciągają uwagę – z niekłamanym podziwem przyglądałem się skomplikowanej serii ruchów, które dla mnie byłyby niemożliwe do wykonania. Wprawić mnie w zachwyt potrafi nawet pojedynczy ruch ramienia. Co więcej, choreografia indywidualizuje każdego z tancerzy. Wszystko wydaje się jej podporządkowane – przestrzeń jest urządzona w sposób skrajnie minimalistyczny, stroje tancerzy są zwyczajne i funkcjonalne, a muzyka stanowi dźwiękową ilustrację ruchu scenicznego.
„Bioland” zaczyna się od układu wykonywanego przez jedną z artystek, do której stopniowo dołącza reszta obsady. Choć często tańczą zbiorowo, każdy w ciągu spektaklu dostaje własny moment, w którym może skupić na sobie uwagę widzów. I choć wszyscy tańczyli pięknie, jednocześnie nikt nie próbował udawać, że taniec nie jest ciężkim wysiłkiem fizycznym. „Bioland” pozbawiony jest bezlitosnej estetyzacji, która stanowi podstawę chociażby w balecie – tutaj wyraźnie widać, że tancerze są spoceni i zmęczeni. Ta fizyczność, naturalność, jest kluczowym elementem spektaklu. Zdaje się przypominać, że tancerz, tak samo jak każdy inny człowiek, podlega ograniczeniom ciała, a w swojej sztuce stara się je pokonywać.
Drugim najistotniejszym wątkiem przedstawienia (przynajmniej tak można sądzić po tytule i opisach w Internecie) jest wydźwięk ekologiczny. Jednak w mojej opinii, jakkolwiek ktoś może uznać, że wynika ona z ignorancji czy braku zrozumienia, temat przyrody i wpływu, jaki ma na nią człowiek, nie wybrzmiewa zbyt silnie. Właściwie poza takimi elementami jak zielone maty przypominające trawę czy maska psa, nie widzę jakichkolwiek związków z ekologią. Górnolotnie brzmiący temat miejsca człowieka w przyrodzie i tego, jak na nią wpływa, zdaje mi się doklejony na siłę. Jakby twórcy bardzo pragnęli wpisać spektakl w kontekst współczesnych obaw ludzkości, a przez to uczynić go aktualnym i ważnym.
W gruncie rzeczy „Bioland” wydaje mi się bowiem silnie antropocentryczny. Mimo wszystko głównym elementem jest choreografia wykonywana przez zawodowych tancerzy. Źródło estetycznych doznań stanowi obserwacja ludzkiego ciała zmuszanego do nienaturalnego dla siebie wysiłku, a także świadomość, że za każdym najmniejszym ruchem, który widzimy, kryją się lata ćwiczeń, wyrzeczeń i dyscypliny. Wszystkie nibyekologiczne wtręty to nic więcej jak dodatek do tańczącego człowieka.
Na koniec chciałbym poświęcić chwilę warstwie muzycznej spektaklu. Wspomniałem już, że muzyka jest tu przede wszystkim ilustracją. Nie miałem na myśli nic deprecjonującego – w końcu stworzenie odpowiedniej ilustracji również wymaga umiejętności. Muzykę do „Bioland” skomponował Dylan Tedaldi. Brzmienia są elektroniczne, pełne interesujących zabiegów, a także siły – to ten rodzaj muzyki, który ma oddziaływać na widza nie tylko za pomocą zmysłu słuchu; niektóre dźwięki zdają się przecinać przestrzeń i wstrząsać całym ciałem. Jedynym zabiegiem, którego nie potrafię zrozumieć, choć długo się nad nim zastanawiałem, jest wykorzystanie utworu Sławy Przybylskiej „Gdzie są kwiaty z tamtych lat”. Zapadło mi to w pamięć nie tylko ze względu na swoją niezrozumiałość, ale również dlatego, że było niepokojące. Utwór był zniekształcony, raz spowalniany, raz przyspieszany. Może taki właśnie był cel – zaskoczyć i zaniepokoić? Myślę, że dany zabieg nie musi koniecznie mieć głębszego sensu, jeżeli jest po prostu efektowny.
Pomimo pewnych zastrzeżeń, jakie wysunąłem, „Bioland” to bardzo udany spektakl. Zwrócił moją uwagę na dziedzinę teatru, której wcześniej nie znałem i mam nadzieję, że na widowni znalazło się wraz ze mną parę innych osób, które w ten sposób również odkryły coś nowego i ciekawego.
Fot. Karolina Sołtys
Informacja dotycząca przetwarzania danych osobowych przez administratora: