Paweł Paryż
Mamy już za sobą bodaj najgłośniejsze wydarzenie tegorocznych Nowych Epifanii, czyli spektakl Krzyżacy Jana Klaty z olsztyńskiego Teatru im. Stefana Jaracza.
Przyznaję, że nie miałem przedtem do czynienia z jego twórczością. Jako reżyser był mi znany jedynie z opowiadań kolegów i wykładowców z Akademii Teatralnej. I to, co słyszałem, nie podobało mi się. Starałem się jednak nie nastawiać negatywnie i na swoje pierwsze spotkanie z teatrem Klaty przyszedłem z nadzieją, że to nowe doświadczenie spodoba mi się. Jednocześnie byłem pełen obaw, że tak się nie stanie.
Dostałem mniej więcej to, czego się spodziewałem – klasyczna opowieść, napisana w innej epoce, lecz nadal silnie zakorzeniona w polskiej kulturze i mentalności, poddana została wiwisekcji przez współczesnego artystę, który żyje w zupełnie innej rzeczywistości, niż autor oryginału.
Krzyżaków Henryka Sienkiewicza zna każdy, choćby na najbardziej podstawowym poziomie. Każdy też chyba mniej więcej zdaje sobie sprawę, jak wyglądały czasy, w których powstała. To czas zaborów, Polski nie ma na mapie, w zaborze pruskim trwa intensywna germanizacja. Sienkiewicz, jako pisarz tworzący „ku pokrzepieniu serc”, pisze powieść, która ma być literackim protestem i przypomnieć uciśnionemu narodowi o jego dawnej wielkości i zwycięstwach.
My, ludzie współcześni, funkcjonujemy już w zupełnie innej rzeczywistości. Polska widnieje na mapie Europy i nikt nie podważa jej istnienia, gospodarka jest stabilna, a standard życia przeważnie wysoki. Jaki jest więc sens sięgania po dzieło napisane w czasach, kiedy coś, co dla nas stanowi status quo, było niedościgłym marzeniem? A taki, że w dużej części społeczeństwa wciąż pokutują pewne postawy, które wynikają z trudnej historii naszego państwa. Wydaje się oczywiste, że Klata za pomocą opowieści o bohaterskich Polakach i złych Niemcach, chce te postawy i kompleksy skomentować.
Krzyżacy to spektakl od samego początku wręcz ostentacyjnie parodystyczny. Na kostiumy rycerzy składają się srebrne kurtki i srebrne szorty, przy czym tylko ogromne hełmy jakkolwiek upodabniają całość do zbroi. Gra aktorska jest przerysowana. Gdy na przykład bohaterowie jeżdżą konno, poruszają się podskakując z rękami złączonymi tak, jakby trzymali lejce – zabieg żywcem wyjęty z filmu Monty Python i Święty Graal. Wszystko to sprawia wrażenie nieco kreskówkowe. Jedyny element, który pozostaje niezmieniony w stosunku do oryginału, to język. Kwestie zaczerpnięto bezpośrednio z powieści, aktorzy posługują się stylizowaną staropolszczyzną, co skrajnie kontrastuje z kształtem inscenizacji. Tym samym wypowiedzi, które w powieści są patetyczne, w przedstawieniu tylko bawią.
Taka formuła może razić niektórych widzów, nie jest jednak w moim odczuciu zabiegiem całkiem chybionym. Problem tkwi w tym, że bardzo szybko się wyczerpuje. Do momentu, w którym Danusia wbiega w podskokach na scenę, nakrywa Zbyszka kocem termicznym i wypowiada słynne „Mój ci jest”, wywołując tym samym śmiech na widowni, przyjęta konwencja się sprawdza. Jednak zaraz potem to, co wcześniej było pomysłowe, staje się oklepane, ciekawe zabiegi stają się wtórne, a powtarzalne gagi męczące.
Spektakl ponownie odzyskuje moc dopiero wtedy, gdy zaczyna uderzać w poważniejsze tony. Wszystko, co działo się na scenie od momentu porwania Danusi aż do jej śmierci, sprawiło, że na pewien czas odzyskałem wiarę w reżyserską wizję Klaty. Dobrze, że postanowił uwypuklić to, co u Sienkiewicza jest jedynie zasugerowane, czyli to, że Danusia padła ofiarą gwałtu. W powieści można to wyczytać ze słów Danvelda do Juranda: „Jeśli ją oddam, to z moim bękartem”. W spektaklu to zdanie również pada, Klata jednak na tym nie poprzestaje – niedługo później widzimy Danusię w podartej bluzce, zakrwawionych spodniach, całą roztrzęsioną, w stanie skrajnego szoku. To bodaj najlepsza decyzja reżyserska w całym spektaklu. Za jej sprawą udaje się bowiem coś, co samemu Sienkiewiczowi się nie udało – poprzez tragedię Danusi doskonale zostaje ukazane nieludzkie okrucieństwo polsko-krzyżackiego konfliktu.
Niestety, zaraz potem reżyser powraca na parodystyczne tory, niwecząc resztę spektaklu. Wątpliwym ukoronowaniem całości jest scena bitwy pod Grunwaldem, której jedyna siła wynika z atakowania widza zbyt głośną muzyką i krzykami. Nie dość, że zabieg sam w sobie jest niewyszukany, to na dodatek stanowi brak szacunku wobec osób oglądających spektakl – jeżeli trzeba zatykać uszy, by wytrzymać do końca, to znak, że pewne granice zostały przekroczone.
Pomysł na inscenizację Krzyżaków był, i to ciekawy. Związane z tym ambicje też. Szkoda, że wystarczyły na niewiele, ponieważ Klata utopił je w odmętach absurdu. W spektaklu pojawiają się błyskotliwe momenty, ale całość jest nużąca i mimo wszystko raczej miałka. Na koniec chciałbym dodać, że bardzo mnie denerwuje, gdy prezentuje mi się coś głupiego i próbuje przekonać, że to tak naprawdę jest mądre i głębokie. A Klata tak właśnie robi.
Danke schön.
Fot. Marta Ankiersztejn
Informacja dotycząca przetwarzania danych osobowych przez administratora: